Nie
jest łatwo pisać o muzyce geniusza, a John Coltrane bez wątpienia był artystą
genialnym –słuchanie jego płyt z drugiej połowy lat sześćdziesiątych to
niesamowite, wręcz mistyczne przeżycie. Zastanawiam się czasem czy któreś z
tych nagrań można wyróżnić i dochodzę do wniosku, że należy traktować je całościowo,
jako zapis jedynego w swoim rodzaju artystycznego transu.
Nie
znaczy to jednak, że nie ma dla mnie momentów szczególnych w dyskografii
Coltrane’a z tamtego okresu – na pewno takim momentem jest płyta „Kulu Se Mama”
nagrana w roku 1965, a wydana dwa lata później. Muzyka z tego albumu zdaje się
pulsować i żyć własnym życiem. Słuchając tej płyty zawsze mam w głowie skojarzenie
z podrożą w głąb samego siebie, ale też z jakąś astralną, pozacielesną podróżą
duszy. To muzyka stworzona by poczuć i przeżyć, coś czego nie da się opisać w słowach, by ją choć trochę zrozumieć należy zatopić się w niej bez reszty.
„Kulu Se Mama” to dla mnie nagrania, które
udowadniają ,że genialne dzieła powstają zwykle nie tylko dzięki sprawności
artysty, ale i dzięki pierwiastkowi duchowemu, który poprzez sztukę ujawnia się w naszym świecie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz